O Kolumbii i nie tylko...

W ostatnim czasie miałem przyjemność porozmawiać z Emilem Kawałko, który na początku tego roku z ramienia wolontariatu misyjnego - Dwa Promienie wyjechał do Kolumbii. Kilka słów o Emilu... Zapalony fan piłki nożnej, programista, młody człowiek z wielkim sercem. W naszej rozmowie poruszyliśmy temat kultury, wiary, sportu, problemów z jakimi zmaga się tamtejsza ludność. Raz jeszcze chciałbym podziękować Emilowi za możliwość rozmowy z nim i tak naprawdę nauczenia się czegoś nowego.


Cześć, fajnie, że zgodziłeś się na ten wywiad. W ostatnich miesiącach przebywałeś w Kolumbii, jak tam jest? Dlaczego właśnie wybrałeś tamte strony? Co zachęciło Cię do wyjazdu?

To jest bardzo długa historia, marzyłem o Kolumbii od Światowych Dni Młodzieży w 2019 roku. Pojechałem tam i zobaczyłem właśnie tych Latynosów, którzy cieszą się życiem, są bardzo radośni, dużo tańczą, dużo śpiewają. Jak wróciłem to postanowiłem nauczyć się hiszpańskiego. Zapisałem się do szkoły językowej, chciałem to też połączyć z marzeniem, aby zobaczyć Messiego na żywo. Miałem akurat koleżankę na Erasmusie w Hiszpanii, więc plany były piękne, ale pojawiła się kontuzja kolana i wiele osób modliło się o uzdrowienie. Skoro Jezus działa dzisiaj to niech mi pokaże, że działa, skoro to wszystko jest prawdą co mówi Słowo Boże. Tydzień przed operacją poszedłem do fizjoterapeuty i ten fizjoterapeuta powiedział, że kolano wygląda jak po operacji, po rehabilitacji, więc przyjąłem to uzdrowienie z radością i dziękowałem za to Bogu. Tylko totalnie zapomniałem o tych wszystkich marzeniach, wcześniej musiałem wypisać się ze szkoły językowej, koleżance powiedziałem, że nie przyjadę - no bo operacja. Poszedłem na spotkanie takiej charyzmatycznej wspólnoty “Poznanie Jezusa Młodych” i w pewnym momencie lider wspólnoty prowadząc modlitwę powiedział, że osoba bądź osoby mające coś wspólnego z Hiszpanią albo hiszpańskim niech wyjdą na środek i przypomniało mi się wszystko. Poczułem jakby przez usta tego chłopaka Pan Bóg przypomniał mi o tym hiszpańskim. Czyli też poczułem, że On ma z tym związane jakieś plany.


Czyli takie przeznaczenie można powiedzieć.

To już grubszy temat – przeznaczenie [śmiech]. Jakiś Boży Plan, może w ten sposób.

Każdy ma jakieś powołanie.

O, może tak, z tym już się zgodzę.


Jesteś we Wspólnocie Dwa Promienie.

Tak, jestem w Stowarzyszeniu Dwa Promienie czyli wolontariacie misyjnym, więc właśnie z ramienia tego wolontariatu wyjechałem.


Gdzie jeszcze organizujecie wyjazdy, tylko do Kolumbii?

Kolumbia była pierwszą taką daleką destynacją, ale normalnie jeździmy na takie dwutygodniowe półkolonie, które organizujemy przy parafiach rzymskokatolickich na Ukrainie. Uczymy polskiego, uczymy modlitw. Polski często jest pretekstem, aby ludzie przyszli do Kościoła, potem można też z nimi pogadać o Panu Bogu, jak już się poznamy.


Opowiedz coś o tamtejszej kulturze, co Cię zaskoczyło? Z pewnością nieraz rozmawiałeś z mieszkańcami Ameryki Południowej. Kiedy my tutaj w Europie martwimy się często błahostkami lub problemami innego kalibru, to jak wygląda ich codzienne życie, problemy z jakimi się zmagają?

Kolumbia jako kraj jest bardzo zróżnicowana. Ta część kraju, w której ja byłem przez większość czasu, jest najbiedniejsza, najbardziej niebezpieczna. Tam kartele narkotykowe produkują kokainę, więc to jest taka strefa, do której ludzie spoza tego regionu raczej nie jeżdżą. Ta Kolumbia, którą poznałem, to jest taki bardzo specyficzny wycinek. Reszta Kolumbii w dużej mierze jest taka jak Europa. Więc po prostu byłem w takim bardzo skrajnym miejscu i wyjątkowym. Ale w tym miejscu, gdzie byłem - była też część bardziej cywilizowana, gdzie było prawie, że normalnie. W sensie, że są samochody, są drogi, że to wygląda bardzo podobnie jak u Nas. A była część, gdzie poruszaliśmy się właśnie łódką po rzekach, nie było w ogóle dróg, nie było samochodów tylko dżungla, rzeki, no i wioseczki. I ten region był najbardziej egzotyczny dla mnie, bo i tam spotkałem Indian, Kolumbijczyków. Oni właśnie mieli taki tryb życia trochę inny, łowili dużo ryb, często chodzili po jakieś banany, albo jakieś różne owoce z dżungli. Więc tam jest życie takie bardziej pierwotne, oni mają takie wyzwania. Znaczy wyzwania mają tak naprawdę, gdy trzeba kupić komputer, komórkę albo gdy było zdalne nauczanie. To był na przykład problem, jak to zrobić, żeby każdy był u siebie i żeby też internet na to pozwalał, aby każdy miał laptopa. To było nie do przeskoczenia.





My często w naszym kraju mamy z tym problemy a co dopiero tam...

Tak, tak więc tam problem jest, żeby kupić sobie coś droższego niż jedzenie.


Ale na początku wspomniałeś też, że byli radośni, więc można wnioskować, że sytuacja jaka tam jest, chyba im nie przeszkadza w tak większej mierze?

Oni są w ogóle bardzo kulturowo zadowoleni z życia. Mają podejście takie bardzo pozytywne. Więc rzeczy, których często w Europie ludzie się uczą, to oni po prostu kulturowo tak są nauczeni. Cieszą się życiem, cieszą się, że jest ciepło, że świeci słońce, że są palmy, że są kokosy, że mogą razem spędzać czas. Więc to jest po prostu bardzo fajne podejście do życia.



Z takich prostych rzeczy się cieszą.

Tak, bo tam przez to, że są te różne gangi, tak naprawdę jest konflikt zbrojny od kilkudziesięciu lat. Więc są sytuacje, że przychodzą Ci gangsterzy z dżungli z karabinami i robią co chcą. Albo kogoś okradną, albo nawet zabiją, albo zgwałcą. Więc Ci ludzie naprawdę tam cierpią. Ale jak przyjedziesz z zewnątrz, to bardzo się o Ciebie troszczą, są kochani, w ogóle po nich nie widać ile przeżyli.


Jak już nawiązałeś do tematu tych karteli, to miałeś jakieś obawy przed podróżą? Doświadczyłeś jakiś niecodziennych sytuacji?

Jedna sytuacja była , że gdy z Biskupem pływaliśmy łódeczką właśnie w tym regionie od wioski do wioski, to byliśmy w jednej wiosce, następnego dnia w drugiej. W tej co byliśmy wczoraj przyszło dwóch chłopaków z bronią, z dżungli i zastrzelili jedną Indiankę. To był taki moment emocjonujący, “kurcze może zaraz przyjdą do Nas” czy coś takiego. Ale poza tym było ok, Bóg nade mną czuwał i wiedziałem, że skoro On mnie tam posłał to będzie dobrze.


Przeważnie takie historie z telewizji poznajemy, a tutaj mogłeś no praktycznie obok siebie tego doświadczyć... Powiem Ci szczerze, że ja sobie nie wyobrażam, aby tak nagle wziąć urlop w pracy i w pewnym znaczeniu "porzucić" dotychczasowe życie... Jak zareagowali na to Twoi bliscy, powiedziałeś: "słuchajcie wyjeżdżam do Kolumbii"?

Tak, tak, tak. Znaczy ja o tym marzyłem od dwóch lat, więc gdybym pojechał sobie turystycznie na dwa tygodnie to myślę, że nikogo to by bardzo nie zaskoczyło, ale taki wyjazd trzymiesięczny na wolontariat misyjny - to jest już coś większego. Chciałem jechać rok wcześniej, ale zaczęła się pandemia, więc to lotów nie było, do wielu krajów nie dało się dostać. Więc jakby wszyscy wiedzieli, że tak będzie bo decyzja już zapadła, tylko czekaliśmy na możliwość. Przez to zaskoczenia nie było.


Co do pandemii, jak wyglądała tam sytuacja?

W tym regionie, gdzie ja byłem, czyli gdzie jest dżungla, to nie dało się w ogóle odczuć tej pandemii. Część ludzi nosiła maseczki no i to tyle. Nie było jakiś sytuacji czy wiadomości, że ktoś umiera z tego powodu. Więc tam było ok. A w tej bardziej, że tak powiem cywilizowanej części, tej nie pokrytej dżunglą, tam jest bardzo mało łóżek covidowych, cztery razy mniej niż w Polsce. A jest więcej ludności niż w Polsce, więc one cały czas były pełne, a jak były pełne to robili lockdowny i wyglądało to w ten sposób, że co któryś dzień mogłeś iść do sklepu na zakupy. Ale to też są takie decyzje władz a nie, że po prostu bo jest taka wielka pandemia. To raczej brak infrastruktury o tym decydował.

Jesteś programistą, pracujesz w dużej korporacji, jaka była reakcja w pracy na chęć wyjazdu ze strony Twoich przełożonych, że chcesz wziąć urlop na tak długi okres?

Tak, to był może nie problem, ale mi głupio było spytać mojego przełożonego czy mogę tak sobie zniknąć na trzy miesiące. Parę dni się z tym zbierałem, ale gdy już spytałem przełożonego czy mogę zniknąć na trzy miesiące, to powiedział - “no pewnie”, tylko muszę ogarnąć jak to papierkowo załatwić. Więc też czułem, że Bóg mnie w tym prowadzi, no bo skoro tyle rzeczy już jest na “tak”, to praca miałaby mnie zablokować. Ale gdybym nie dostał tego urlopu i musiałbym się zwalniać to byłby problem, potem szukać nowej pracy, to nie jest łatwe. Więc to, że dostałem ten urlop, to też dla mnie takie potwierdzenie od Boga, że On nad tym czuwa.


Gdybyś miał wybór zostać w pracy czy wyjechać. Musiałbyś wybrać pomiędzy tym albo tym...

Nie, to nie pojechałbym.

Jak pod względem organizacyjnym wygląda taka podróż? Gdzie śpicie czy jedziecie w grupie, czy sam pojechałeś?

Ja pojechałem sam. Moim miejscem docelowym było Seminarium Misyjne w Istminie, to jest właśnie miasteczko trzydziestotysięczne położone w dżungli. Tam żyłem na co dzień z seminarzystami, czyli z chłopakami, którzy będą księżmi, którzy tam studiowali w tym seminarium. Czasami mieliśmy wypady do tych mniej cywilizowanych regionów. A codzienność była taka, że wstają bardzo wcześnie, mają modlitwy, mają Mszę Świętą, mają śniadanie, potem normalnie to jest uczelnia, więc mają wykłady lub różne typy zajęć. Później obiad, jakieś sprzątanie, cały czas mają tam zorganizowany, więc bycie w seminarium jest trudne, bo cały czas musisz coś robić.






Miałeś jakiś taki odgórny plan, gdzie tu pojedziesz, tu pojedziesz, czy jak to wyglądało?

To wyglądało w ten sposób, że jak przyleciałem do Kolumbii, tydzień byłem w Medellín, czyli w takim mieście znanym właśnie z tych karteli narkotykowych i dziewczyna, która połączyła Wolontariat Dwa Promienie z Kościołem w Kolumbii, właśnie koleżanka naszego lidera Karolina. U niej w domu rodzinnym zatrzymałem się na tydzień. Ona mi tam pokazała też atrakcje tego regionu, miałem też jakieś przetarcie językowe, że nie od razu byłem wrzucony na głęboką wodę, tylko mogłem sobie poćwiczyć w komfortowym towarzystwie. Później pojechałem do tego miasteczka w dżungli. Tam byłem tydzień no i od razu mieliśmy ten wypad w rejon rzeczny, gdzie się pływa łódeczkami. Potem wróciłem, tydzień spokoju i potem pojechałem, popłynąłem też łódką na Ocean Spokojny. Takie główne atrakcje były całkiem szybko, a moim głównym zdaniem było tworzenie strony internetowej Diecezji więc będąc poza seminarium nie mogłem tego robić. Kiedy te dwutygodniowe wyjazdy były za mną, to moim głównym zajęciem było po prostu siedzenie i tworzenie tej strony. Oprócz tego uczyłem angielskiego i informatyki w seminarium, więc gdy chłopaki mieli swoje zajęcia to ja tworzyłem stronę, chyba, że mieli ze mną zajęcia, no to miałem z nimi zajęcia.



Odnoszę takie wrażenie, że tam jest też pełno osób, można powiedzieć takich talentów, którzy są ukryci, nie mają możliwości, żeby się bardziej rozwinąć.

No na pewno jeśli chodzi o piłkę nożną to było tam mega dużo talentów, jak grałem z chłopakami właśnie w tych wioseczkach w dżungli, to mnie tam deklasowali umiejętnościami. No już miałem pomysły, że może dałoby się jakoś stworzyć system , żeby wyławiać największe talenty, gdzieś umieszczać w kolumbijskich klubach, ale to jest też trudne, od takiej strony logistycznej.




Wszystko przed tobą.

A może kiedyś tak zrobię, zostanę łowcą talentów w Chocó, czyli w tym “województwie”, gdzie byłem.



Nawiążmy może jeszcze na chwilę do Kościoła. A jak wygląda opinia Kościoła w Ameryce Południowej. U nas w Europie ostatnimi czasy można powiedzieć, że ta opinia “spada”. A jak to tam wygląda?

Jeśli chodzi o podejście ludzi do Kościoła i do wiary to tam naturalne jest to, że wszyscy są wierzący i naturalne jest to, że wszyscy wierzą w Boga, no nie zawsze idą za tym czyny, ale tak oficjalnie nie słyszałem opinii, żeby ktoś powiedział, że “Boga nie ma " albo coś takiego. W tym regionie w dżungli w takim języku potocznym używali sformułowań, np. pytałeś kogoś - ”Cześć jak leci?”, to mówił - “Dobrze, Chwała Panu, chwała Bogu, że jest dobrze”. Więc w takiej codzienności to cały czas jest używane. Nawet dla jakiejś części może być to kultura, więc myślę, że jest podobnie jak w Polsce, że jest część ludzi, dla których to jest coś więcej niż kultura, dla których to jest relacja z Bogiem i po prostu mają pasję dla Jezusa. A jest część ludzi, którzy zgadzają się z wartościami i zostali tak wychowani. No i jest też część ludzi, których to w ogóle nie interesuje.


Jakiś czas temu rozmawialiśmy i mówiłeś, że kartele maję też taki szacunek do Kościoła...

Była taka sytuacja, że spytałem Biskupa czy to jest bezpieczne, że ja popłynę z nim i resztą ekipy w ten region rzeczny, tam grasują kartele, a on powiedział, że jeśli będę miał na sobie taką kamizelkę z napisem - “Diecezja Istmina-Tadó”, to nic mi się nie stanie. Mówił właśnie, że kartele nie ruszają księży, czy osób Kościoła, no więc uwierzyłem. Na szczęście nie było momentu na weryfikację tej tezy więc zostańmy przy tym, że szanują i nie ruszają księży i misjonarzy.


Jak myślisz, w jaki sposób można zachęcić dzisiejszą młodzież do takich aktywności, mam na myśli misje, ogólnie pomoc?

Są różne motywacje. Moją główną motywacją nie była chęć niesienia pomocy, chociaż oczywiście też. Ale główną motywacją była nauka hiszpańskiego. Uznałem, że nigdzie nie nauczę się lepiej jak w kraju hiszpańsko - języcznym, więc będąc w tym regionie w Chocó, czy w ogóle w Kolumbii, to tam się mówi tylko po hiszpańsku. Bardzo mało ludzi mówi po angielsku, byłem po prostu wrzucony na głęboką wodę i musiałem sobie poradzić. Z każdej strony byłem otoczony tym językiem, więc na pewno od strony językowej można dużo wynieść. Można poznać inne kultury, można podróżować, można poznać tak naprawdę tubylców.